wtorek, 9 stycznia 2018

Córeczko

Córeczko
Był mroźny lutowy poranek, szykowałam w kuchni śniadanie, za dwadzieścia minut miałam wyjść do pracy. Po chwili z sypialni wyszedł tata, powiedziałam mu: zobacz do łazienki.
Stałam przy kredensie, tata poszedł, wrócił, objął mnie od tyłu i całując delikatnie moja szyję powiedział: czyli jednak- trzecia rocznica będzie w trójkę. Obróciłam się do niego, przytuliłam i po policzkach popłynęły nam łzy szczęścia.


Potem poszłam do łazienki, wzięłam test z dwoma kreseczkami, zawinęłam w chusteczkę i schowałam do szuflady na pamiątkę.
Od tego czasu byłaś już z nami, to znaczy pewnie byłaś już kilka dni wcześniej, ale od tego dnia o tym wiedzieliśmy.


Kilka miesięcy później jedziemy autem do Wrocławia, droga jest na sporym odcinku dziurawa i kiedy auto podskakuje mam wrażenie, że czuję Twoje pierwsze ruchy. Nie jestem pewna, ale kiedy tydzień później byliśmy u przyjaciół czuję jak mnie delikatnie muskasz od środka.
Teraz już wiem, czuję na pewno i poznaję to uczucie.
Tydzień temu to też byłaś Ty.
Dziękuję, za tamto przywitanie w podróży i przepraszam, że Cię nie poznałam.


Od tego czasu czuję Cię już codziennie, przykładam rękę do brzucha i czuję Twoje ruchy, czasem proszę tatę, by położył dłoń na brzuchu i też to poczuł. Jednak Ty wtedy przestajesz. Niedługo potem tata leży pierwszy raz w szpitalu. Kiedy wraca, tego wieczoru tuli się do mnie, kładzie rękę na brzuchu i przybijasz mu piątkę delikatnym kopniaczkiem.
"To moja nagroda" mówi tata.


Kilkanaście dni później tata znowu leży w szpitalu, jest środa, jest czerwiec i jest gorąco. Rano odebrałam od niego telefon i powiedział, że jest diagnoza. Jadę do niego, wchodzę na salę, padamy sobie w objęcia i płaczemy. Siadam u taty na łóżku, obejmuje mój brzuch i mówi: dobrze, że będziemy ją mieć.
Tego dnia mam badanie usg, które ma pokazać czy jesteś zdrowa. Tata chce dostać przepustkę, ale nie może. Jadę więc sama i wtedy po raz pierwszy widzę Twoją twarz.
Jesteś bardzo podobna do taty.
I jesteś zdrowa.


Nie mogliśmy wymyślić dla Ciebie imienia. Pewnego dnia przy obiedzie powiedziałam: Milenka. Milusia?- odpowiedział tata- może być. Zostałaś Milusią i chyba nie ma imienia, które lepiej oddałoby to jaka jesteś. Jesteś urocza, figlarna, uśmiechnięta, jesteś po prostu milusia.

Gdy zbliżał się czas, kiedy miałaś do nas przyjść pomyślałam sobie, że w szpitalu rodzi się tyle dzieci i co jeśli ktoś się pomyli. Mówię o tym mojej siostrze, że co jeśli Cię nie poznam.
Ona pozna Ciebie- odpowiedziała.


Pamiętam Ciebie tego dnia, byłaś malutka, miałaś ciemne włoski, byłaś cieplutka i byłaś moja.
Ach, więc to Ty.


Tata kilka dni wcześniej wziął chemię i tego dnia kiepsko się czuł. Przyjechał jednak do szpitala. Głaskał Cię, przytulał, trzymał na rękach. Godzinami spałaś, a my godzinami patrzyliśmy na Ciebie z zachwytem i miłością.
Nigdy wcześniej, ani później nie byłam bardziej szczęśliwa.

Córeczko, zaprosiliśmy Cię i Ty do nas przyszłaś, a my nie możemy Ci dać tego na co zasługujesz, poczucia 
stabilności i bezpieczeństwa, bo sami tego nie mamy.

Chcę jednak, żebyś wiedziała, że widzę Twoje łzy, gdy muszę pojechać do szpitala. Zamykam wtedy za sobą drzwi i też wtedy płaczę, tylko Ty tego nie widzisz. Czasem poleci mi kilka łez jak Tobie, czasem kilka więcej, a czasem zawyje dusza, a płacz utknie w gardle.
Chcę, żebyś wiedziała, że gdy jadę to oglądam Twoje zdjęcia i całuję je. Gdy zasypiam to myślę o Tobie, czy już śpisz, czy nie płakałaś, jak bardzo tęsknisz.

Ja tęsknię bardzo. 
Wiedz, że choć mnóstwo trwożnych myśli poświęcam tacie, to wcale nie mniej Tobie.

Żałuję, że Twoje dzieciństwo przypadło w tak trudnym dla nas czasie, ale nie żałuję, że jesteś. 
Nigdy, przenigdy w życiu nie chciałabym wrócić do czasu, gdy Cię nie było. Mimo, że żyło nam się wtedy łatwiej.

Dajesz mi tyle szczęścia, radości i siły, wprost nieproporcjonalnie do Twojej wielkości. Tyle dobra, szczerości i miłości zamkniętej w małym ciałku.
Sprawiasz,że jestem lepsza niż byłam.


Tak wielu rzeczy Córciu nie wiesz.
Nie wiesz jak bardzo o Tobie marzyłam i jak bardzo moje marzenia przerosłaś.
Nie wiesz, że gdy śpisz przychodzę do Ciebie i sprawdzam czy oddychasz.
Nie wiesz, że każdego dnia dziękuję Bogu za to, że jesteś.


Nie wiesz też jak trudną i wyczerpująca walkę toczymy ze śmiercią.
I że co dzień, gdy zaśniesz, tulę się do Ciebie, całuję Cię w główkę i szepczę:
Dobranoc Królowo Życia.
Bardzo Cię kocham.


sobota, 30 grudnia 2017

Co za rok.

Kiedy Eliasz zachorował byłam w ciąży. Spodziewaliśmy się naszej upragnionej córeczki i usłyszeliśmy diagnozę. 

Nagle, z dnia na dzień z radosnego oczekiwania nasze życie zmieniło się w smutną naukę nowej rzeczywistości.
Z wizytami u lekarzy, wyjazdami do Wrocławia, z chemią, z jej skutkami ubocznymi, badaniami, Z dnia na dzień, z chemii na chemię wszystko było coraz bardziej oswojone. 
Szpitalne korytarze już nie takie obce, pielegniarki wolajace po imieniu. Wiedzieliśmy na przykład, że jak we wtorek Eliasz weźmie chemię to wstanie najszybciej w piatek wieczorem. Cokolwiek planowaliśmy braliśmy to pod uwagę. 
Nasza nowa codzienność.

Mili urodziła się w połowie października.
Było nam ciężko.
Miałam w domu noworodka i poważnie chorego męża.

Szóstego grudnia Eliasz przyjmowal ostatnią z zaplanowanych chemioterapii, potem miało być już dobrze. 
W tamtym okresie często powtarzalismy sobie: oby wytrzymać do końca roku. 

Te słowa podtrzymywaly nas na duchu. 
To jeszcze tylko kilka tygodni, kilka dni i wszystko wróci do normy.
Oby wytrzymać do końca roku. 

Pierwszego stycznia poszliśmy na spacer.
Krótki, bo Eliasz nie miał sił, ale zapamiętam go do końca życia. 

Kiedy szliśmy drogą, pomału pchając przed sobą wózek z naszym największym skarbem Eliasz powiedział mi, że zauważył nowe powiększone węzły chłonne. 
Oboje wiedzieliśmy co to oznacza. 
Pamiętam, że tylko przytuliliśmy się wtedy do siebie. 
Nikt nic nie powiedział.

Trzeciego stycznia, Eliasz jechał na badanie PET, które miało potwierdzić skuteczność leczenia. 
Ale wynik był nam już znany.

Chłoniak, na którego choruje Eliasz z reguły bardzo dobrze się leczy. Trwale udaje się wyleczyć jakieś 80-90% pacjentów. Jest tylko jeden warunek- nowotwór musi zareagować na chemię. Jeśli jest inaczej lekarze nazywają to opornością na leczenie i zaczynają się poważne trudności w leczeniu.

A więc od trzeciego stycznia mieliśmy oporność na leczenie. Nasze "oby do końca roku" zaczęło brzmieć jak żart, ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze jak bardzo będzie on ponury.

Sama nie wiem czemu to wszystko wspominam. Od kilku dni chodzą mi po głowie wydarzenia z ostatnich miesiący. Może dlatego, że w końcu mam przestrzeń, by je poprzeżywać.

Ten rok był dla mnie wyczerpujący.
Eliasz z dwunastu miesięcy spędził w szpitalu około pięciu. To prawie pół roku. 
Pamiętam jak wiosną przez telefon dowiedziałam się jakie Eliasz ma rokowania. Zadzwoniłam do mamy, poprosiłam żeby natychmiast zabrała Milusie i wyszłam z domu. Poszłam do lasu i wyłam. To nie był płacz. To było wycie, wyłam jak zwierzę. 

A potem musiałam wrócić, zająć się jak gdyby nic dzieckiem, zadzwonić do Eliasza, udawać, że wszystko jest w porządku, opowiedzieć jak tam Milusia i co porabiałam.

W tamtym okresie mocno bolał mnie brzuch. Po kilku dniach i kolejnej nieprzespanej nocy pojechalam do lekarza. Zamiast tabletek na niestrawność, która jak mniemalam wtedy mnie męczyła przywiozłam ze sobą leki uspokajające i nasenne. 

Mogłam spać, zamiast dosłownie telepać się ze starchu pod kołdrą. "Chemiczna litość" jak to nazywała Wisława Szymborska.

Karmiłam córkę i myślałam o Eliaszu, jedną ręką kołysałam ją w wózku, a drugiej trzymałam telefon rozmawiając z lekarzem.
Odpowiadałam uśmiechem na jej uśmiech, tuliłam ją, choć tak bardzo pragnęłam, by ktoś utulił mnie razem z całym moim lękiem i bezradnością. 
Byłam silna, ale w środku sama byłam dzieckiem, które chce na ręce.

Pewnego dnia ktoś do mnie podszedł i rozmawiałam z nim chwilę. Potem odszedł i po chwili ja nie tylko nie wiedziałam o czym rozmawialiśmy, ale też nie pamiętałam kto to był. 
Byłam gigantycznie przemęczona psychicznie. Czasem gdy w komputerze coś się zepsuje system przełącza się na tryb awaryjny i można wykonać tylko najważniejsze funkcje. 
Taki właśnie był mój mózg. Tryb awaryjny, poza Mielenką i Eliasza chorobą nie ogarniałam nic. 
Moja siostra jakiś czas temu wspomniała, że będąc u mnie w tamtym okresie z przerażeniem odkryła, że w lodówce nie miałam nic co nadawaloby sie do zjedzenia. 
To co było bylo popsute i nie było świeżych rzeczy. Czy jadłam? Co jadłam? Nie pamiętam.

Były też wyjazdy do Eliasza, dnie spędzane przy szpitalnym łóżku, uśmiechanie się, gdy w środku dusza wykrzywiona w grymasie rozpaczy. Noc spędzona w szpitalnej noclegowni i potworna tęsknota co córką. Wyrzuty sumienia kwitowane w kółko tym samym "nie mam wyjścia".

Potem było lato i było jeszcze gorzej. Była intensywna terapia i niedługo później informacja lekarzy: został Wam tylko Nivolumab.

Decyzja była szybka i nie wahalam się ani minuty. Dziesięć dni później Eliasz wziął pierwszą dawkę wartą dziesięć tysięcy.
Potem wziął jeszcze siedem. 
Bez problemu poruszałam się po procedurach zakupu, choć co dwa tygodnie były one dla mnie źródłem stresu. 
Czułam się i byłam odpowiedzialna za wszystko. Za Milusie, za zdrowie Eliasza, za prowadzenie zbiórki, za załatwienie kolejnej dawki i gdzieś na końcu też za samą siebie.

W listopadzie Eliasz poszedł na przeszczep szpiku. Pewnego dnia jego wyniki tak bardzo się obniżyły, że było realne zagrożenie życia. Pojechałam wtedy do Wrocławia, wynajęłam pokój w jakimś kiepskim motelu i choć nie mogłam widzieć Eliasza to chciałam być blisko. Blisko "w razie co".
Leżałam w tym zatęchłym pokoju, patrzyłam w sufit i czułam się rozdarta. Nie byłam ani z nim, ani z Milusią, na nic nie miałam wpływu. 
W tej całej bezradności to było jedyne co mogłam zrobić. Gdy tylko wyniki troszkę się poprawiły wsiadłam w pociąg i pojechałam do domu. 

Wielu osób, które poznaliśmy na oddziale dziś już nie ma. Nie żyje też Paweł, o którym był na blogu wpis. Umarł któregoś dnia na intensywnej terapii. Eliasz wtedy mi powiedział: widzisz, a ja jak wróciłem z intensywnej to powiedziałem mu, że jak kiedyś będą go tam wieźli, to żeby się nie bał, bo nie jest tam tak źle. Więc przynajmniej jak go tam zabierali to był spokojny.

Pół roku temu życie Eliasza wisiało na włosku. W sumie wisiało przez cały rok, ale latem ten cienki włosek był jeszcze naderwany i to z obu stron. Z jednej przez sepsę, z drugiej przez wyniszczajacy organizm, rozsiany nowotwór.
Podobno w dzisiejszych czasach nie ma cudów, ale są cudaki.
Eliasz, ja, Milusia, ale też każdy z Was, kto nam pomógł takim cudakiem jest. 

Na tym cieniutkim naderwanym włosku wyciągnęliśmy go na powierzchnię życia. 

Pierwszego stycznia Eliasz powiedział mi, że leczenie nie działa, dwudziestego pierwszego grudnia opuścił szpital po udanym przeszczepie szpiku. 
Klamra się zamknęła. 
Oby wszystko co się w niej mieściło, każdy lęk, każda bezradność, każde cierpienie i każda wylana łza  w niej pozostało. 

Kilka dni temu siedzieliśmy na kanapie i oglądaliśmy film. Film był z gatunku "o niczym" i chyba obojgu z nas myśli uciekały w innych kierunkach. W pewnym momencie padło pytanie: jak to jest, że zdrowi mają tyle marzeń- chcieliby kupić sobie to czy tamto, pojechać na jakieś super wakacje, mieć lepszy samochód, a chorzy mają tylko jedno?

 No właśnie.


wtorek, 31 października 2017

Trudny czas, szczęśliwy czas.

Jest wtorek, jest po szóstej rano, dzięki zmianie czasu na dworze jest jeszcze szaro, ale niebawem i to się zmieni. Poranek jest zimny i deszczowy. Jedziemy autostradą do Wrocławia, krople deszczu spływają po szybie samochodu, patrzę na nie i nie mogę uwierzyć kiedy to zleciało.
Za nami półtora roku życia w cieniu choroby. Półtora roku walki.
Który to już wyjazd?
Nie liczę, ale chyba bliżej stu niż dziesięciu.
Wykonane telefony to już na pewno setki.
W smartfonie mam zapisane numery do lekarzy, szpitala, apteki, administracji, firmy farmaceutycznej, fundacji.
Wszystkie w użyciu, wszystkie często. Zupełnie jakby to byli moi dobrzy znajomi.
A przecież nie są.

W osiatnim półtora roku byłam w ciąży i urodziłam dziecko, ale to wszystko odbyło sie jakby przy okazji.

Rola osoby wspierającej kogoś, kto ciężko i przewlekle choruje jest bardzo trudna.

To codzienne zmaganie się z niepewnością i obawą o to, co przyniesie kolejny dzień.
To także ciężar decydowania co i ile chory powinien wiedzieć.
To nakładanie maski uśmiechu podczas kiedy dusza wyje z rozpaczy i bezradności.
To wzięcie na siebie odpowiedzialności za sposób i rodzaj leczenia.
To konieczność poradzenia sobie ze strachem o najgorsze, bo jeśli on weźmie górę to sparaliżuje, a paraliż wyklucza działanie, które jest niezbędne.
To pogodzenie się z tym, że całą uwagę otoczenia skupia chory, bo to on cierpi.
Ty też co prawda cierpisz, inaczej, ale to chory ma diagnozę.
To gotowość do wstawiania w nocy, by zmienić piżame, przynieść leki, zmierzyć gorączkę. Nawet jeśli jest to trzeci raz w ciągu nocy i przed chwilą wstawało się do dziecka.
To cisza bezsennych nocy, gdy pytania "a co jeśli jednak nie... " albo " jak sobie poradzę" dudnia w głowie niczym młot.
To trudna sztuka pamiętania, że w tym wszystkim też jest się ważnym.
To danie sobie prawa do tego, by mieć czasem gorszy dzień i jednoczesne pilnowanie, by nie zrobił się z tego gorszy tydzień, miesiąc, rok, bo przecież "ktoś musi".
To korzystnie z całej swojej siły, choć tak bardzo tęskni się za tym, by być czasami tym słabszym.
To zabawa z dzieckiem, śmiech, który się wydobywa z wnętrza, które uparcie mówi "ja się nie bawię".

To zdolność do poświęceń, które- jeśli wypływają z miłości- wcale nimi nie są.

Ostatnie osiemnaście miesięcy było najtrudniejszymi w moim życiu.
Ale, o ironio, były to także zdecydowanie najszczęśliwsze miesiące mojego życia.

Miałam i mam niezwykły zaszczyt towarzyszyć mojemu mężowi w tak ważnym dla niego czasie.

Zbliżyliśmy się do siebie jak nigdy wcześniej.
Poznaliśmy i pokochaliśmy do szaleństwa naszą córeczkę.
Żegnaliśmy się jakbyśmy się mieli już nie zobaczyć i ocierałam z twarzy męskie łzy.
I te rozpaczy.
I te szczęścia.

Przegadaliśmy dziesiątki godzin, przemilczeliśmy drugie tyle.

Rozmawialiśmy o ostateczności i o niczym.
Mamy po dwadzieścia kilka lat, a bagaż doświadczeń, którym można by obdzielić kilka osób.

To wyjątkowy czas.
Cieszę się, że w nim jestem.
Że mogę wykorzystać swoje umiejętności, siły, chęci by uczynić go czymś więcej niż zrywanymi kartkami z kalendarza.




środa, 11 października 2017

Gwiazdy

"Dwoje ludzi wyglądało przez więzienne kraty.
Jeden widział błoto.
Drugi widział gwiazdy."
...
Od dwóch tygodni znamy wynik. Jest bardzo dobry. Lepszy niż się spodziewałam.
W myśl zasady, że lepiej być mile zaskoczonym, niż niemile rozczarowanym nie obiecywałam sobie zbyt wiele.

W leczeniu Eliasza tak naprawdę nigdy nie mieliśmy dobrych wieści. Po każdym rodzaju zastosowanego leczenia następowało pogorszenie. Zmiany zamiast się cofać jeszcze bardziej się rozwijały.
Każdy następny wynik był gorszy.
Kiedy w styczniu Eliasz przyjął kolejny rodzaj chemii, sami zauważyliśmy, że nie działa. Wyczulismy na szyi guzy.
To była niedziela wieczorem, we wtorek Eliasz miał być przyjęty do szpitala na kolejną dawkę.

Nie wiedzieliśmy co robić, tak naprawdę jesteśmy jeszcze dziećmi.
Do niedawna nic nie wiedzieliśmy o życiu, a teraz musimy decydować co robić w takich sytuacjach.
W poniedziałek o piątej rano wsiedliśmy więc do auta i pojechaliśmy do Wrocławia.
Profesor potwierdził.
Nie działa. Jest gorzej.
Wracalismy wtedy do domu i Eliasz pół drogi żartował. W końcu powiedział: 
- Cieszę się, ale sam nie wiem z czego. Chyba z tego, że nie muszę jutro iść do szpitala.

To były gwiazdy zamiast błota.

Niedługo później zdarzył się jeden wyjątek i  usłyszeliśmy naprawdę dobre wieści.
W ten poniedziałek u profesora spytaliśmy czy jeśli nic na ten nowotwór nie działa, to czy może być tak, że to nie jest rak tylko coś innego. Profesor powiedział, że zmiany, które Eliasz ma są typowo nowotworowe, ale ręki nie daje sobie uciąć. Jeśli chcemy możemy pobrać jeszcze raz wycinek i zbadać.

Chwyciliśmy się tej nadziei tak mocno, że kolejne dni upłynęły nam na znalezieniu lekarza, który pobrałby ten wycinek i zawiezieniu go do Poznania. 

Ponieważ za badanie płaciliśmy sami, wynik miał być szybko.
I był. 
Dwa dni później Eliasz zerwał się o ósmej rano na nogi, poszedł do pokoju i wykręcił numer do Poznania. 
- we wstępnym badaniu nie widzę komórek nowotworowych. Jutro porównam z poprzednim wynikiem i zrobię szczegółowe badanie. Proszę dzwonić jutro rano.

Te słowa wprawiły nas w stan euforii. Tuliliśmy się i płakaliśmy ze szczęścia, bo to oznaczało koniec naszych kłopotów.
Koniec szpitali, chemii, badań, zlego samopoczucia. 
Początek nowego-starego życia.
Wszystko wróci do normy.

Nagle Eliasz uwolnil się z naszych objeć i pobiegł do sypialni. 
Milusia wtedy smacznie spała.
Wziął ją na ręce i zaczął radośnie podrzucać.
- Córciu tatuś jest zdrowy, zdrowy, zdrowy!
Będę się z Tobą bawił, opiekował się  Tobą, nauczę Cię jeździć na rowerze! Będziemy na zawsze razem! 

Eliasz spytany o najszczęliwszy dzień swojego życia zawsze mówi, że nasz ślub i narodziny Milusi. Ale ja nigdy, przenigdy nie widziałam go bardziej szczęśliwego niż tego styczniowego poranka, gdy ściskał i przytulał naszą córeczkę.

Zapamiętam ten widok na zawsze.

Tego dnia pojechaliśmy też w odwiedziny do mojej siostry.
Poza jedną osobą nikt nie wiedział o naszym szczęściu- ona także.
Późnym wieczorem dostałam sms: "Dziękujemy za miły wieczór. Było super, Eliasz był taki jakiś inny i Ty też"

Z tą naszą innością poszliśmy spać. 
Pierwszy raz od bardzo dawna spałam snem spokojnym. Tak dobrze było mi z myślą, że to już koniec tej walki.

Następnego dnia rano Eliasz zadzwonił, by potwierdzić ostatecznie dobre wieści.
Niestety tym razem usłyszeliśmy, że jednak pierwotna diagnoza jest trafna. 
To nowotwór.

Po skończonej rozmowie też się przytuliliśmy, też były łzy, ale inne. 

Mam nadzieję, że zapomnę kiedyś to uczucie rozczarowania i zawiedzionych nadziei.

Nigdy później nie rozmawialiśmy na ten temat. 
Po prostu życie potoczyło się dalej, kolejna chemia, kolejne leczenie, kolejne złe wieści.

Dlatego teraz, tym razem nie obiecywaliśmy sobie nic. 
Kiedy odebraliśmy wynik byliśmy w Centrum Obkologii.
Była siódma rano i korytarze o tej godzinie są już zatłoczone. 
Są młodzi, są starzy, kobiety i mężczyźni.
Każdy z diagnozą.
Każdy z nich kiedyś czuł ten strach, gdy w ręku trzymał kopertę z wynikiem. 

Mam nadzieję, że choć trochę rozpromienił im się dzień widząc dwoje młodych małżonków, trzymających otwartą kopertę i padających sobie w ramiona. 

To miejsce pełne jest łez, ale łzy szczęścia widzi się tam rzadko.

...
Jesteśmy w trakcie tej podróży. 
Zrobiliśmy ogormny krok w przód, ale wciąż idziemy.

Niewyobrażalnie trudne wydarzenia za nami i niewyobrażalnie trudne przed nami.

Można widzieć błoto.
Ale my pobędziemy trochę wśród gwiazd.

sobota, 9 września 2017

Żółw

Czytacie mojego bloga. Mówicie, że piękny, wzruszający, że wyciska łzy.

Siedzę i czytam mojego bloga.
Czytam to jak opowieść o nie swoim życiu.
Trudną, bolesną, przeplatana szczęściem i chwilami wytchnienia, ale nie moją.

Czytam i mnie to nie wzrusza.
Nie wiem czemu.
Jakby te emocje nie były moje.
A przecież moje są.

Przecież to ja myśląc, że Eliasz umiera  z suchym, zaschnietym gardłem i trzesacymi się nie tylko kolanami, ale całym ciałem wyszłam z sali. Chodziłam po szpitalnym korytarzu jak w amoku, po to by po chwilii wrócić. Nie wiedzialam co robic, ale pomyślałam sobie, że jedyne co mogę w tej sytuacji zrobić to przy nim być.
Wróciłam więc na sale, usiadłam obok niego, złapałam go za rękę i po prostu byłam. Eliasz oddychał ciężko, leżał pod tlenem, a ja raz po raz glupkowato się uśmiechając próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku. Jak przyjechalam do niego o ósmej rano do Wrocławia to kupilam sobie śniadanie w kiosku, ale nie moglam wtedy przełknąć ani kęsa.
W środku po prostu cała drżałam.
Cała, każdy nerw.

A myślałam, że lęk przed jego śmiercią mam już oswojony, bo przecież zaledwie parę dni wcześniej lekarze na intensywnej terapii dali mu dziesięć procent szans na przeżycie.

Tak naprawdę dali mu pięć, ale jak lekarz powiedział, ze "pięć" to spojrzałam na niego takim przerażonym i błagalnym wzrokiem, jakbym prosiła sąd o łaskawszy wyrok. I on wtedy dodał "no, może dziesięć"
Ten wzrok, to przerażenie to też byłam ja.

Często pytacie mnie jak się czuje Eliasz.
Potrafię odpowiedzieć.
Wiem kiedy czuje się słabiej, nawet gdy mi tego nie powiedział.
Wiem czy się w nocy pocił, bo instyktownie sprawdzam to, gdy się przebudzam kilka razy w ciągu nocy. Przesuwam nogę na jego połowę i czuję czy prześcieradło jest mokre czy nie.

Wiem też kiedy ma gorączkę, bo gdy mnie tuli do siebie to staram się wyczuć czy jest normalny czy jest gorący. Wyczuwam różnicę nawet kilku kresek więcej na termometrze.

Taka nienormalność w na pozór normalnym życiu.
Taka niezdrowość w zdrowym związku.

Czasem ktoś pyta też jak czuję się ja.
Nie potrafię odpowiedzieć.
Mówię, że dobrze, że daję radę.

Bo przecież jest teraz dobrze, Eliasz jest w domu, spędzamy czas razem. Może musi być dłużej w łóżku, może szybko się męczy, ale jest.

Bo przecież daję radę.
Daję radę ogarnąć dziecko, dom, daję radę załatwić co dwa tygodnie lek i pieniądze na niego.

To jest skorupa żółwia.
Twarda i gruba.
Pod spodem jest miękkie i ciepłe ciało, które się pod nią chowa.

W czwartek Eliasz jedzie na badanie, które pokaże czy lek działa czy nie.
To dobrze, to fajnie - odpowiadacie.
Też się cieszę- odpowiadam.

To jest skorupa żółwia.

Od kiedy Eliasz zachorował nigdy, ani razu nie było dobrych wieści.
To znaczy były raz, ale to materiał na osobny wpis.
Wszystkie wyniki były złe.
Zawsze pokazywały progresję.
Jest sobota, a ja myślami jestem o siódmej rano  za półtora tygodnia we wtorek, kiedy to będziemy odbierać wynik.
Znam ten strach przed otwarciem koperty.
Znam i już go czuję.

I to jest ciało żółwia.

Byliśmy dziś na ślubie Eliasza przyjaciela.
Byli piękni, młodzi, uśmiechnięci i lekko zestresowani swoim najważniejszym dniem.
Radość od nich promieniała.
To bylismy my trzy lata temu.

Kiedy składaliśmy życzenia, Eliasz powiedział im, żeby byli zdrowi.
I szczęśliwi- dodała skorupa.

A ciało żółwia się pobeczało.
Dobrze, ze skorupa jest nieprzemakalna.






piątek, 25 sierpnia 2017

Życie



Chodzimy późno spać. Mamy małe dziecko i jak zaśnie to mamy czas dla siebie. 

Telewizor włączamy rzadko, bardzo rzadko.
Czasem siedzimy w ciszy, ale najczęściej rozmawiamy. 

W ciagu dnia jest co na obiad i podaj mi smoczek, a wieczorem jest o czym myślisz i opowiedz mi o tym więcej.

Lubię te nasze wieczorne pogaduchy. I chociaż codziennie obiecujemy sobie, że w końcu pójdziemy wcześniej spać to codziennie jest tak samo. 
Kilka dni temu, kiedy już wygodnie leżałam w łóżku i próbowałam zasnąć dostałam sms: idziesz do pokoju pogadać?

Chwilę się waham.
W końcu już prawie śpię, a tak znowu zejdzie ze dwie godziny. 
Ale jak Eliasz był w szpitalu to zasypiałam sama w ciszy,  z jedną połową łóżka pustą i tak bardzo chciałam żeby był.
I jest. 
Nie wiem na jak długo, dzisiaj jest w domu, jutro może być w szpitalu.
Już nie raz tak było. 

Wstaję.

Rozmawiamy na luźne tematy, akurat padł temat nałogów.
Mówię mu o swoich małych uzależnieniach, między innymi od telefonu i słodyczy.

- A Ty jesteś od czegoś uzależniony?- pytam.
- Od życia- odpowiada. 

Cisza.
Szach- mat, po raz kolejny Eluś.
Dwa słowa i w tych dwóch słowach cała prawda o nim. 

Nie mogę zasnąć.
Nie mogę zasnąć z tymi słowami.

Jak bardzo to życie u niego widać. 
Kilka tygodni temu był w krytycznym stanie, lekarka, która była wtedy na sali na intensywnej terapii powiedziała: ja wychodzę, nie mogę patrzeć jak on umiera.

A on żyje.

Jak wrócił z intensywnej terapii i leżał na hematologii zrobiono mu badania. Wykazały, że nowotwór się bardzo rozwinął. Tak bardzo, że naciekał na płuco, zbierał mu się tam płyn i nie mógł oddychać.
Kiedy przyszłam do niego w poniedziałek rano to leżał pod tlenem i się dusił.
Wtedy to ja wyszłam, bo myślałam, że umiera.
Ale nie powiedziałam tego.
Kilka godzin później wieźli go na wózku na badanie i kiedy wrócił to śmiał się od ucha do ucha.
Pytam z czego.
- A bo jak tylko wjechaliśmy do windy to zszedłem z tego wózka i poszedłem na nogach, a jak wracaliśmy to w windzie sanitariusz mówi do mnie: siadaj na wózek, żeby nie było, że chodzisz, bo ja Cię miałem wieźć. 
I takie to było jego umieranie.

Bo on wciąż żyje.
Żyje i to jak.

Kończą się wakacje, ale chyba spędziliśmy je najlepiej jak się dało. 
Jeździliśmy wypocząć nad pobliski zalew i choć Eliasz się nie kąpał to z nami był.
Zajadaliśmy się lodami.
Braliśmy Milusię i chodziliśmy po mieście, czasem z celem, czasem bez celu. 
Robiliśmy często grilla, jedliśmy Eliasza ulubioną karkówkę i grillowana białą kaszankę. 
Spędzaliśmy czas z innymi i sami ze sobą.
Udało też nam się raz wyrwać na randkę.



Po prostu byliśmy. 
To było wyjątkowe lato.

Byliśmy na dnie, żeby teraz ogrzewać się słońcem na suchym lądzie.

Byliśmy tak blisko śmierci, ale zwyciężyło życie.
...

Wtedy tego wieczora Eliasz dodał jeszcze po chwili: 
- No i od Ciebie i od Milusi jestem uzależniony.

Cóż, męża z takim nałogami mogę mieć.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Pomoc


Wracamy po tygodniu pobytu w szpitalu do domu, tego samego domu, ale do innej już rzeczywistości, bo zapadła diagnoza.
Na stole mamy ciepły posiłek.


Kilkadziesiąt wyjazdów do Wrocławia. Kilkadziesiąt razy potrzebny kierowca, od piątej rano do nie wiadomo której.
Zawsze jest.

Urodziła się Mili.
Odwiedziła nas położna. Waży i mierzy córkę, ktoś puka do drzwi. Znajomi przywieźli nam obiad. Jest zdziwiona, pyta czy to ktoś z rodziny. Nie. Codziennie, od kiedy wyszłam ze szpitala, ktoś nam przywozi obiad.
"Musicie być bardzo dobrymi ludźmi"
Możliwe, ale mamy też bardzo dobrych przyjaciół.

Wiozę Eliasza do lekarza, bo źle się czuje. Do domu już nie wraca i to przez półtora miesiąca. Muszę mu dowozić rzeczy, muszę go odwiedzać, muszę też opiekować się córka. 
Na każde zawołanie mam mamę. Czy to jest późny wieczór, bo muszę, bo już, bo jutro wiozą go karetka do Wrocławia i czegoś tam nie ma, czy to jest czwarta pięćdziesiąt, bo tak odjeżdża pociąg, zawsze mogę na nią liczyć. 
W każdy wtorek, piątek, sobotę, w każdą niedzielę i dni ustawowo wolne od pracy.
Kiedy pierwszy raz zostawiam ją na noc, serce rozpada mi się na kawałki. Ale wiem, że jest bezpieczna, że mama troszczy się o nią jak o własne dziecko.
Wiele razy pokrzyżowalam jej plany. 
Nigdy nie dala mi tego odczuć.

Dostaję złe wieści o zdrowiu Eliasza, nie śpię całą noc, rano czuję, że muszę do niego pojechać, ale nie mam z kim.
Jeden telefon i "dobrze, będę po Ciebie za godzinę".

Eliasz tęskni za córka, tęskni tak bardzo, że załatwia sobie przepustkę z oddziału, z którego nie ma przepustek.  
Brat Eliasza przywozi mnie i Mili do Wrocławia. Łzy wzruszenia, pięć godzin przytulania i całusów.

Kiedy Eliasz leży tygodniami w szpitalu trzeba mu wyprać ubrania i czasem dowieźć coś do jedzenia.
Bratowa, kobieta o złotym sercu.

W piątek rano dowiaduję się, że w poniedziałek trzeba przywieźć z Poznania do Wrocławia Eliasza preparaty do badania.
I w piątek w południe już wiem kto pojedzie.
Ten ktoś bierze w poniedziałek urlop.
Głupio mi, mówię mu o tym.
-Nie przejmuj się, to mój urlop i wykorzystuję go na to na co chcę.
Chcę Wam pomóc.

Eliasz leży na intensywnej terapii, a ja z tym wszystkim na głowie ogarniam tylko to co najważniejsze. 
Czyli Eliasza i Milusię.
Przyjeżdża ktoś posprzątać mi w mieszkaniu.
Ktoś inny zadbał bym miała coś w lodówce, gdy wracam z Wrocławia.

Czasem wychodzę późnym wieczorem z domu, spaceruje i płacze.
Mam takie osoby, do których mogę zadzwonić zawsze.

Mówicie, że jesteśmy dzielni.
To prawda. 
Ale jesteśmy dzielni także dzięki Wam.

Nie o wszystkim wspomniałam.
Nie o wszystkich napisałam.
Wszystkim bardzo dziękuję.